czwartek, 23 maja 2013

Co ja zrobię z tymi pomadkami?

No właśnie! Ostatnio mam jakąś dziwną potrzebę kupowania pomadek lub błyszczyków... To dla mnie szok, bo nigdy wcześniej jakoś nie interesowało mnie nic poza bezbarwną ochronną, a teraz brakuje mi miejsca na kolejne zdobycze.

Czy już jestem pomadkomaniaczką?
Czy coś takiego w ogóle istnieje?

Ale do rzeczy, póki młodzi jesteśmy...

Do miasta wybrałam się w celu wysłania dokumentów do wydawnictwa, po nic więcej! Jak matkę kocham, nie miałam nawet w planach zwiedzania Rossmana!
No, ale stało się. Wpadłam ot tak, bo miałam trochę czasu, a drogeria blisko i trafiłam na półkę Miss Sporty, gdzie capnęłam krem Morning Baby BB w odcieniu Nude Radiance. Jako że jeszcze go nie używałam, to tak ogólnie go opiszę.






Wybaczcie, że tak krzywo...


"Nowość Miss Sporty: delikatny krem ujednolicający cerę do każdego typu cery.
Nawilża i chroni dając jednocześnie naturalny blask oraz wygładzenie skóry.
Dzięki jego delikatności i składnikom nawilżającym można go stosować samodzielnie, ale również jako bazę pod podkład.
Dostępny w dwóch odcieniach: nude i beac"

opis zaczerpnięty ze strony wizaż.pl


Tak wygląda to z grubsza. Plus można dać od razu za samo opakowanie - ładne wizualnie, choć można powiedzieć, że standardowe.

Jak już mówiłam, jeszcze nie używałam, więc jak się to to sprawuje w warunkach ekstremalnych napiszę innym razem.

A teraz to o czym być miało, czyli moja najnowsza pomadka z Lovely.






Numerek 01.

"Nawilżająca pomadka błyszczykowa o 8 odcieniach dla każdej z nas. Klasyczne kolory dla dziewczyn lubiących stonowany makijaż a także krzykliwe odcienie dla imprezowiczek. Lekka i przyjemna konsystencja delikatnie nawilża usta, pozostawiając na nich delikatne refleksy mieniące się w blasku słońca.  Utrzymuje się na ustach dłużej niż błyszczyk. Lekka i delikatna formuła nawilży Twoje usta gwarantując przyjemny zapach podczas aplikacji".

opis ze strony lovelymakeup.pl

Kiedy tylko zobaczyłam to "błyszczykowa pomadka" chciało mi się śmiać... A potem przypomniałam sobie, że przecież mam pomadkę w błyszczyku, więc dlaczego nie może istnieć coś jak błyszczyk pomadkowy... No, nieważne. Po tym jak zgarnęłam krem pomyślałam sobie, że starczy jak na dzisiaj, w końcu i tak miałam nic nie kupować, choć krem wcale tak dużo nie kosztował (11.99zł). Zaczęłam się bawić testerami, które były już w formie kolorowej paćki a nie pomadki, ale jakoś dałam radę. Jako że jestem sroką to od razu spodobało mi się, że pomadka ładnie się błyszczy, rzeczywiście jak błyszczyk. Odcień, który wybrałam pozbawiony jest drobinek (mam już dość pomadek z drobinkami...), bardzo neutralny, taki jak chciałam. Nie mam niestety fotki z pomalowanymi nią ustami, ale jeszcze to nadrobię.
Pomadka wyceniona była na ok. 9zł. i z początku pomyślałam, że to jednak ciut za dużo na coś, co topi mi się w palcach (okazało się, że to tylko testery były płynne), ale machnęłam ręką i wzięłam jedną. Pomyślałam sobie, dobra, a co tam, dziesięć w tę i w tamtą stronę, moje oszczędności jakoś przeboleją.
Ale po odejściu od kasy coś mnie tknęło... Skoro BB miał kosztować 12zł, a pomadka 9zł to dlaczego zapłaciłam 12 z groszami?! Już myślałam, ze dziewczyna w Rossmanie się pomyliła, ale postanowiłam jeszcze sprawdzić rachunek.




Nie, dziewczyna się nie pomyliła, po prostu trafiłam na promocję :D. Oczywiście od razu się uśmiechnęłam, bo uwielbiam promocje! Można kupić dużo nie wydając góry pieniędzy, a ja potrafię kupić naprawdę dużo. A jako że zaoszczędziłam na kosmetykach, to kupiłam sobie tenisówki w kolorze malinowym i bluzę. Ha!

Ale wracając do pomadki - od razu się nią wymalowałam i pierwszego plusa daję za opakowanie! Dlaczego? Bo w przeciwieństwie do niedawno zakupionej NYC, ta cała chowa się w tubce, dzięki czemu nie będę musiała się bawić i czyścić wieczka. Drugi plus idzie za wygląd opakowania - przyjemny dla oka. Trzeci za nawilżenie - moje usta są zwykle spękane, bo dużo czasu spędzam na słońcu, więc dla mnie to mega plus. Oczywiście neutralny kolor i połysk to kolejny punkt.

Wadą jest jej zapach (przynajmniej dla mnie) i to, że "czuć" go w ustach, czego nie lubię w pomadkach, bo mam zwyczaj oblizywania ust kiedy mam na nich coś pachnącego... Czy to nie dziwne? Na pewno niecodzienne. Nie trzyma się zbyt długo, przynajmniej nie u mnie i nie dzisiaj. Po jedzeniu i piciu czegokolwiek już jej nie ma, niestety. Więcej wad na razie nie zauważyłam, ale jeśli coś znajdę, na pewno dam znać ;).

No cóż, jak powiedział pewien znany polski pisarz: "świat się zmienia, słońce zachodzi, a wódka się kończy", więc i jak kończę na dziś. Spać trzeba, a ja dosłownie padam twarzą na stół.
Tak więc dobranoc wszystkim, miłych snów i dobrego dnia jutro :*.



czwartek, 16 maja 2013

Krwawy Colour Chic i pomadka NYC Fragile Pink

Obiecałam ostatnio rzucić się zdjęciem i kilkoma słowami o wyżej wymienionych kosmetykach, ale że mam rozpiernicz niesamowity wszędzie (remont) to ciężko mi było znaleźć chwilę. Dacie wiarę, że od tygodnia nawet nie sprawdziłam poczty?!
Ale dzisiaj wymyśliłam sobie, że zasiądę w końcu do laptopa i przy dźwiękach koparki demolującej mój ogródek (a zaledwie wczoraj posadziłam nowe kwiatki :( ), skrobnę co nieco.

Zacznijmy od Colour Chic z Pepco.





Kolor jak widać jest bardzo intensywny (prócz tego widziałam też ciut jaśniejszy, ale, za przeproszeniem, oczojebny; oraz ciemny w kolorze czerwonego wina). Zapłaciłam za niego tyle samo co za niebieski, i właściwie niewiele więcej mogę o nim powiedzieć. Dobrze się nim maluje, ma wygodny pędzelek, jedna warstwa wystarczy do pokrycia paznokcia. W tym jednak przypadku kolor jest dokładnie taki na pazurze jak i w buteleczce!

Cena: 5.99zł
Pojemność: 8ml
Dostępność: sieć sklepów Pepco

Pomadkę NYC również schwytałam w Pepco i nawet za tę samą cenę. Odcień nosi nazwę Fragile Pink i choć nie widać tego przez opakowanie - jest perłowy (o czym, gdybym wiedziała, pewnie bym go nie wzięła, bo nie jestem wielbicielką).

Opakowanie, choć ładne, sprawiło mi sporo problemów - pomadka nie "chowa" się całkowicie, więc przy zdejmowaniu wieczka można nią z łatwością zahaczyć, a przez to wymazać dosłownie wszystko (zwłaszcza jeśli się jest taką łajzą jak ja). Na fotce tego nie widać, ale kawałek pomadki jest ułamany właśnie przez moją nieostrożność przy zdejmowaniu wieczka.
Jego zaletą jest jednak to, że nie pozwala na samoistne otwarcie się opakowania! Dlatego trochę ciężko chodzi.

Odcień, jak już mówiłam, Fragile Pink. W rzeczywistości jest zupełnie inny niż na obrazku :( niestety.

A tak wygląda już na skórze i ustach. Bardzo delikatny kolor, nawet jeśli użyje się jej więcej (w sensie wymaluje się usta na wampa), nie jest może jakoś wyjątkowo trwała, ale około dwóch godzin na ustach wytrzymuje. Moje usta często są przesuszone, ale pod pomadką jakoś nie widać suchych skórek, co jest wielkim plusem. Łatwo się aplikuje, choć za pierwszym razem może być trochę tępa. Rozsmarowuje się równomiernie, nie zbiera się w załamaniach.

 Do wad na pewno należą drobinki, które zostają na ustach nawet po starciu pomadki, a przy każdym potknięciu ust przenoszą się na palce, a potem na wszystko inne. Zostaje na szklankach, łyżeczkach, widelcach i wszystkim czym dotkniemy ustami, więc lepiej używać jej na okazje, kiedy nie będzie trzeba pić ani jeść.

Dobra na co dzień i od święta, kiedy nie potrzebujemy mocnego makijażu, np. wieczorowego. Można ją nawet nazwać "dzienną".
Nawet mojej mamie się spodobała, a to jest mega zaleta.

Mnie się podoba, zwłaszcza kolor, gdyż nie jest nachalny, można by nawet powiedzieć naturalny; aplikacja jest wygodna. Chyba największą wadą dla mnie jest opakowanie i to nieszczęsne wieczko, które specjalnie do zdjęcia wyczyściłam, bo było różowe! Całe!

Cena: 5.99zł
Pojemność: szczerze? nawet nie wiem (wie ktoś?)
Dostępność: Pepco


sobota, 11 maja 2013

BB cream Manhattan

Obiecałam recenzję, więc nie mogę się wykręcić, prawda?
Zaczynajmy więc.
Zakupiłam krem BB firmy Manhattan w Rossmanie przed wczoraj.







SKŁAD: trochę mnie wystraszył swoją długością!


Może trochę o składzie właśnie, w którym to znajdziemy między innymi:


Dicaprylyl Ether - emolient suchy. Zastosowany w preparatach do pielęgnacji skóry i włosów tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną (film), która zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody (jest to pośrednie działanie nawilżające). Powstały film kondycjonuje, czyli zmiękcza i wygładza skórę i włosy. Nie pozostawia uczucia tłustości na skórze, pozostawia matowy film. Poprawia właściwości aplikacyjne kosmetyku - bardzo dobrze rozprowadza się na skórze. Ponadto pełni rolę rozpuszczalnika dla innych substancji hydrofobowych (nierozpuszczalnych w wodzie) stosowanych w kosmetykach

Mica - Czysta niedomieszkowana mika jest otrzymywana z serecytu, minerału należącego do grupy mik. Jest szeroko stosowana w kosmetykach mineralnych, zwłaszcza w podkładach jako ich podstawowy składnik. Całkowicie transparentna. Kosmetykom nadaje jedwabistość, działa przeciwzbrylająco. Ma dobrą przyczepność. Dobrze adsorbuje sebum. 

 Cyklopentasiloksan - wpływa na właściwości aplikacyjne kosmetyków - zapewnia łatwiejszą aplikację i rozprowadzanie preparatu na skórze i włosach

 Butyl Methoxydibenzoylmethane (BMDM)  - jest to substancja wchodząca w skład filtrów przeciwsłonecznych, uznawana za niestabilną, a nawet niebezpieczną dla zdrowia. Syntetyk, łatwo wchłaniany przez skórkę, który rozprzestrzenia się po całym organizmie. 

 Tetrasodium EDTA - pełni rolę sekwestranta, czyli substancji, która kompleksuje jony metali. Dzięki temu zwiększa trwałość kosmetyku oraz jego stabilność

 Methyl Methacrylate Crosspolymer -  polimetaakrylan,  zagęstnik, nadaje pożądaną konsystencję kosmetyku, stabilizator emulsji, tworzy film na skórze

 Oktokrylen- filtr UV, chroniący skórę przed szkodliwym wpływem promieniowania słonecznego.

Kopolimer kwasu akrylowego i alkilometakrylanu o długości łańcucha C12-22 - stosowany m.in. w preparatach do pielęgnacji włosów jako substancja kondycjonująca - wygładza i zmiękcza, a także w preparatach do stylizacji - utrwala fryzurę i kondycjonuje włosy. Substancja filmotwórcza - tworzy na powierzchni włosów film, który ogranicza ucieczkę wody z powierzchni włosów, dzięki czemu odpowiednio nawilża. Nadaje połysk włosom. Stosowana również w kosmetykach białych (kremach, balsamach)

 Butylowany hydroksytoluen, BHT, E321 - organiczny związek chemiczny znajdujący zastosowanie w przemyśle chemicznym. Jest to antyoksydant zapobiegający psuciu się wielu produktów żywnościowych oraz leczniczych; jego toksyczny wpływ na nerki może być większy niż BHA.

BUTYLPHENYL METHYLPROPIONAL - aldehyd aromatyczny. Znajduje się na liście potencjalnych alergenów.

W składzie wymieniony jest także ekstrakt z korzenia lukrecji,  który ma właściwości antyalergiczne, antybakteryjne i antywirusowe. To dzięki niej wydzielanie sebum jest redukowane. Doskonale nawilża i łagodzi stany zapalne skóry a także redukuje obrzęki. Dzięki substancjom zawartym w lukrecji, szkodliwe działanie wolnych rodników jest niwelowane. Regularne stosowanie lukrecji wzmocni kruche naczynka i przyspieszy regenerację skóry. Pomoże też pozbyć się plamek oraz wspomoże ochronę UV.

 Glikol pentylenowy - substancja nawilżająca. Humektant - zapobiega wysychaniu preparatu kosmetycznego oraz krystalizacji przy ujściu butelki.

 Phenoxyethanol - substancja konserwująca, która uniemożliwia rozwój i przetrwanie mikroorganizmów w czasie przechowywania produktu. Chroni również kosmetyk przed zakażeniem bakteryjnym, które możemy wprowadzić przy codziennym użytkowaniu produktu (np.nabierając krem palcem).

Mam nadzieję, ze nikt nie wystraszył się składu :D. Nie martwcie się dziewczęta, te składniki można również znaleźć w zwykłych kremach, masłach do ciała i podkładach. W tym przypadku Manhattan nie wymyślił nic nowego, ani bardziej szkodliwego od innych firm. 

* * * 

Z początku nie byłam do niego pozytywnie nastawiona, ponieważ jedyne co się dowiedziałam z opakowania to to, że jest to krem przeznaczony do cery jasnej i średniej, nigdzie też nie znalazłam wiadomości o tym jaki dokładnie jest odcień, ani testera!!! Wzięłam w ciemno myśląc sobie, że jak się okaże za ciemny oddam siostrze, która ma trochę ciemniejszą karnację. Wróciłam do domu i od razu wypróbowałam na dłoni.
Tak to wygląda przed rozsmarowaniem.
Na początku pomyślałam, że może być, ale kiedy zaczęłam wklepywać w dłoń - masakra! Zrobił się żółty! No to koniec, myślę sobie, przecież jak się nim wymażę to będę wygląda jak kaczątko!
I już zaczęłam narzekać, marudzić i kląć samą siebie i drogerię, że nie zainwestowali w testery, ale postanowiłam dać mu jeszcze szansę. Następnego dnia miałam wyruszyć na polowanie na sandałki (moje jeszcze żyją, ale to już ostatnia prosta), a że nie mam innego podkładu - użyłam BB. Usiadłam pod oknem, żeby mieć lepsze światło, przezornie wcześniej zrobiłam zdjęcie mojej facjacie (a raczej policzkowi).

Zdjęcie przed, bez kremu, ani bazy.

Zdjęcie po nałożeniu BB. Niby na pierwszy rzut oka nie widać różnicy, a jednak. Jeśli przyjrzeć się bliżej można zauważyć, że plamki i zaczerwienienia zniknęły, a cienie pod oczami zbladły.
Konsystencja kremu również jest dość ciekawa, bo lekka, choć trochę rzadka.

A teraz od początku. Fotki już były, to teraz kilka słów od producenta:

"Nowość od Manhattan, BB Cream 9w1 jest idealny dla Twojej cery. Łączy w sobie aż dziewięć korzyści, dzięki którym pokochasz ten produkt! Wystarczy nanieść odrobinę kremu BB na twarz, a Twoja cera nabierze nieskazitelnego wyglądu.
Oto 9 korzyści z jednego produktu:
- nieskazitelny, naturalny look
- zmniejsza pory
- 12-godzinne wykończenie
- oddychająca formuła
- 24-godzinne nawilżenie
- efekt matujący
- świeży, promienny blask
- wyrównanie kolorytu skóry
- filtr przeciwsłoneczny SPF 25".

Opis pochodzi ze strony Manhattan Cosmetics

Zacznijmy od "nieskazitelnego, naturalnego look'u" - jestem skłonna się zgodzić, bo ten krem jako jedyny jest idealny do mojej cery pod względem koloru chociażby. Nie używałam pod niego żadnego kosmetyku a jednak nie wysuszył mi skóry jak miał to w zwyczaju Garnier (miałam, użyłam kilka razy, oddałam w dobre ręce).
Zmniejsza pory - nie zauważyłam takiego działania, bo moje pory są ciężkie do zmniejszenia, ale przynajmniej nie zatyka ich tak jak zwykły podkład.
12-godzinne wykończenie - no, fajnie by było ;). Ale kilka godzin wytrzymał bez przeszkód (przypominam, że użyłam go bez kremu, bazy, czy pudru).
Oddychająca formuła - nie potrafię tego skomentować, więc powtórzę, że jest lżejszy od zwykłego podkładu i nie tworzy maski na twarzy, a to chyba spory plus. Można by nawet powiedzieć, ze nosi się go jak zwykły krem.
24-godzinne nawilżenie - czy 24-godzinne to nie wiem, ale TAK zdecydowanie nawilża!
Efekt matujący - nie! Może gdybym użyła pudru byłoby lepiej.
Świeży, promienny blask - świeżo się czułam to pewne, ale czy byłam promienna - nie wiem. Oglądałam się w każdym lusterku, sprawdzając czy nadal jestem umalowana. Byłam :D
Wyrównuje koloryt skóry - w moim przypadku TAK! To pierwszy krem BB, który jest w MOIM kolorze! Kiedy się umaluję, moja twarz nie różni się odcieniem od szyi.
Filtr przeciwsłoneczny SPF 25 - jeśli naprawdę ma, to dobrze!

Cenowo znajduje się w przedziale kosmetyków, za które mogłabym zapłacić bez jęczenia, ponieważ kosztuje 20,99zł.
Konsystencja mi odpowiada, choć trzeba uważać, by za pierwszym razem nie wycisnąć go z tubki za dużo.
Opakowanie - standardowa tubka z nakrętką - dość wygodna (nie przepadam za dozownikami). Ogólnie wizualnie jest przyjemny dla oka. Jako że nie jest za bardzo gęsty wydaje się być wydajny, ale to wyjdzie w praniu ;).
Dostępny w Rossmanie i tu jeden mankament - nie ma do niego testerów. Może to tylko chwilowe, a może w ogóle ich nie będzie... Ale przydałby się.

Na 10 punktów daję mu 8 (reszcie tych, które widziałam, macałam i próbowałam nie dałabym nawet dwóch). Myślę, że na długo zagości w moim koszyczku z kosmetykami, a firmie Manhattan gratuluję wypuszczenia na rynek kolejnego, moim zdaniem dobrego kosmetyku.

Mam szczerą nadzieję, że nikogo nie zraziłam do tego kosmetyku, ponieważ moim zdaniem jest dobry i zasługuje na uwagę.

THAT'S ALL FOLKS! Have a good night, an good day tomorrow. 

Aha, i taki mały apetizer - wczoraj w Pepco kupiłam pomadkę NYC w kolorze Fragile Pink i lakier Colour Chic w kolorze krwistej czerwieni. Recenzja obu produktów już niedługo ;)

czwartek, 9 maja 2013

Lato idzie, pora zmienić futerko

Albo chociaż jego kolor. Mówię oczywiście o włosach XD.
Jako że coraz częściej pojawiam się wśród ludzi bez czapki, nadszedł czas, by odświeżyć sprany kolor czymś, co nie przypomina popiołu... Mój wybór był zupełnie przypadkowy - podczas wizyty w Rossmann'ie wpadły mi w oko dwa odcienie z Wellatonu - Karmelowa Czekolada i Orzech Laskowy. Miałam wziąć orzecha, ale dziwnym zrządzeniem losu w torebce znalazła się czekolada. Jak to się stało? Ano, ciapa ze mnie i tyle.

Kupiłam ją w promocji za 10,99 a wraz z nią, również w promocji szampon z tej samej firmy.
W pudełeczku znajdują się (od lewej): instrukcja, rękawiczki, utleniacz, farba w kremie i odżywka.
Rękawiczki zasłużyły sobie na osobne zdjęcie, ponieważ są dłuższe i bardziej wytrzymałe od, np. Garnierowych, przy tym są wygodne, a woda w farbą nie wpływa pod tworzywo.
Tak wygląda papka, może tego nie widać, ale jest jasno żółta, za to na głowie robi się ciemna w kilka chwil.
Po nałożeniu farby poczułam się jak w czasach dzieciństwa, kiedy to często przyglądałam się mamie farbującej włosy, a to dlatego, ze farba zapachem przypomina te z tamtych czasów - innymi słowy śmierdzi amoniakiem. 
Wielki plus za konsystencję przypominającą masło do ciała - lubię takie, bo zwykle nie używam pędzelka tylko nabieram farbę na palce i wgniatam we włosy. Nie dlatego, że to daje lepszy efekt, po prostu tak mi wygodniej. Dzięki gęstej konsystencji farba nie uciekała mi między palcami.
Po nałożeniu na całą długość włosów wydały mi się jakieś tępe, zbiły się w kołtun i stężały... Tego już nie lubię w farbach! Jednak zmywały się dobrze i bezproblemowo. 

Myślę, ze na uwagę zasługuje też serum dołączone do farby z prowitaminą B5. Moje włosy stały się po nim miękkie i gładkie, a teraz świetnie się rozczesują i pachną.

Farba świetnie trzymała się na włosach. 
Niżej zdjęcia po wysuszeniu, w świetle dziennym.


A to kolor przed farbowaniem.
    Różnica jest i to spora!

A sam kolor? Do przyjęcia, choć miałam raz na zawsze skończyć z rudościami. Może następnym razem się uda i wezmę tym razem orzecha.

Co do szamponu - przypadł mi do gustu już po pierwszym myciu (nie wiem jak wy, ale ja lubię umyć sobie włosy zaraz po malowaniu). Szampon dobry, pieni się jak na szampon przystało, jest duży, a naprawdę niewielką ilością można już umyć włosy, więc myślę też, że będzie wydajny. Kupiłam 500ml więc szybko go nie zużyję...

  Szampon nie jest gęsty, ale i nie lejący, przezroczysty. Zapachem przypomina zakład fryzjerski - naprawdę, takie pomieszanie farb i lakierów z salonu. Na szczęście zapach szybko znika. 




 Zamknięcie standardowe, wygodne. Lubię takie, bo dzięki nim zawartość się nie rozlewa. 
Szampon ogólnie ma zapewnić objętość włosom, ale tego nie robi, lub po jednym użyciu po prostu tego nie widzę, ale za to jest lekki, nie obciąża moich przetłuszczających się włosów i nie plącze ich zbytnio.

Mogę go ocenić na 4+/5- coś w tym stylu.

Kupiony za 9,99 (cena detaliczna 14-15zł zależy od drogerii)
Pojemność 500ml
Dostępność - jak na razie widziałam w Naturze i Rossmannie.

A jutro - recenzja Manhattan BB - który również dziś nabyłam w Rossmannie za 20,99zł. Ale o tym dopiero jutro, po tym jak przetestuje go w warunkach miejskich.     

wtorek, 7 maja 2013

Błekit na paznokciach + Eveline 6w1

Gdzieś kiedyś obiecałam recenzję dwóch kosmetyków: lakieru Colour Chic zakupionego w Pepco za zawrotną cenę 6zł, oraz odżywki Eveline Nail Therapy 6w1 nabytej w Biedronce (miałam szczęście bo była ostatnia).

Zacznijmy od Eveline.  Najpierw trochę od producenta.


Skład:
Tak wygląda pojemnik, jak widać nie różni się od znanych już Diamentowej i 8w1, oraz Efekt jak z salonu.
Pędzelek jest wygodny w użyciu, a sama odżywka ma bardziej lejącą konsystencję niż 8w1, ale dzięki temu po jednym zanurzeniu pędzelka można zamalować dwa trzy paznokcie.
A to już moje pazurki na dwóch warstwach odżywki. Z lekka zmasakrowane skórki nie są efektem stosowania odżywki! 
 Działanie odżywki jest bardzo podobne do 8w1 i muszę powiedzieć, że sprawdza się jak poprzedniczka - moje pazurki są mocne, nie rozdwajają się, a używam jej dopiero od tygodnia. Poza tym nie zauważyłam jeszcze żadnych efektów ubocznych, ani opisywanych przez inne blogerki nieprzyjemności wiążących się z jej stosowaniem - nie boli, nie piecze, nie uczula w żaden sposób. Jak będzie dalej, zobaczymy.

Co do obiecanego błękitu...
Odcień z edycji limitowanej nr. 32.

 Wrzuciłam dwie fotki, bo robione w innym świetle.Jak widać kolor różni się nieco od tego w buteleczce, ale wybaczam, bo jest prześliczny ^.^
Bardzo dobrze się rozprowadza, kryje (wystarcza jedna warstwa, tak jak na obrazku), przy dwóch efekt jest wyraźniejszy. Utrzymuje się do kilku dni, zarówno na odżywce jak i bez niej (bez odżywki końcówki szybko się ścierają), powiedziałabym 3-4 dni, chyba że umyje się górę naczyń i pierze się ręcznie... 
Pędzelek jest wygodny, choć krótki, a konsystencja dość rzadka, ale lakier nie wylewa się poza paznokieć nawet jeśli nabierze się go więcej niż powinno. 

Na lakier trafiłam przypadkiem, będąc w Pepco i jeśli kiedykolwiek będę w pobliżu złapię jeszcze kilka (widziałam śliczną czerwień :3). 
   
EDIT: Zapomniałam wspomnieć, że lakier ma drobinki, których na zdjęciu nie widać. Nie mienią się w słońcu, więc łatwo można ten szczegół przeoczyć. 
 

  

poniedziałek, 6 maja 2013

Dzień szósty...

... a ja wysiadam :/. Obawiam się, ze tak jak w mini komiksie, który kiedyś widziałam w sieci, będę jedną z pierwszych ofiar apokalipsy zombie... Zero kondycji, zero chęci - leżę i kwiczę :(. Co będzie jak dojdę do stu?! A wczoraj, korzystając z pięknej pogody, zrobiłam sobie długi spacer... Po powrocie nie miałam na nic sił.
Poza tym dręczą mnie jakieś nerwy, tragedia. Nie mogę się uspokoić, to jakiś wewnętrzny niepokój jakby miało się coś stać. Ale TFU! lepiej wypluć bo jeszcze zapeszę i naprawdę coś złego się urodzi.
A tak btw złego, to czytałam dzisiaj artykuł na Onecie o Gdańskim księdzu, który uznał Hello Kitty za symbol Szatana... Co dalej, Smerfy symbolem LGBT? A może klerycy dowiodą, że Muminki były nazistami? O, to by akurat było ciekawe XD.
I żeby nie było, nie jestem przeciwniczką ruchu LGBT ani wszechwiedzącego i wszechobecnego ostatnimi czasy kościoła, nie jestem też za żadnym ugrupowaniem - jestem neutralna, choć nie lubię kiedy ludzie kłócą się o te wszystkie pierdoły zamiast zająć się dziećmi porzucanymi na ulicę, bezrobociem i zrobieniem porządku z własnym krajem, zanim weźmie się za inne.Ale zwykle nie wypowiadam się, bo i tak nikt nie słucha, a nawet jeśli to zawsze ktoś każe mi wracać do kuchni... WTF? Ja nawet nie potrafię gotować, na cholerę mam siedzieć w kuchni, jeszcze bym kogoś otruła... Od udzielania się mam dobrą znajomą, którą takie rzeczy kręcą i coś chce dziewczyna zrobić, a robi za nas dwie, więc poniekąd czuję się usprawiedliwiona XD. Tak, tak, wiem jak to brzmi, niestety jeśli chce się zachować neutralność, trzeba zobojętnieć na pewne sprawy :/

Ale do rzeczy, dziś czeka mnie kolejna porcja bolesnych zastrzyków w tyłek w postaci przysiadów :(. Zanim jednak się tym zajmę pomyślałam, ze warto byłoby o czymś niezwiązanym ze światem kosmetycznym. Co wy na to?

To może zacznijmy od tego, że CHCĘ IŚĆ NA IRON MANA DO KINA!!!! A nikt nie chce iść ze mną :(. Chyba znowu wyjdzie tak, że poczekam aż ktoś wrzuci na ekino. Buuu...

Dalej... Czy ktoś z Was czytał coś fajnego ostatnio? A może pisał, coć co mogłaby poczytać wieczorkiem? Ostatnio mam niedobór literacki, czy cuś. Przeczytałam cały tom opowiadań Kotori, które od miesiąca stoją na mojej półce. Po obejrzeniu filmu "The perks of being a wallflower" i przeczytaniu książki (która tak na marginesie jest nudnawa momentami), idąc za ciosem i aktorem grającym rolę Patricka obejrzałam "Musimy porozmawiać o Kevinie"... i znów przeczytałam książkę. Myślę, że Tilda Swinton jest jednak świetną aktorką, choć wcześniej widziałam ją tylko jako Białą Wiedźmę w Opowieściach z Narni. A wczoraj zrobiłam sobie maraton z Krzyku i inszych horrorów, w tym, jak dla mnie, świetnym "Upiorna noc Halloween" - ekstra! Po czymś takim można mieć koszmary :D.
Jakiś czas temu oglądałam też "The Final" - film opowiada o grupce uczniów liceum gnębionych przez bardziej popularnych rówieśników, którzy planują i wykonują straszną zemstę na oprawcach. Mega film, warto obejrzeć, polecam gorąco! Ostrzegam tylko, że występują tam sceny tortur, może nie jakichś strasznych czy krwawych, ale jednak.
Co jeszcze? Stary dobry Omen w nowszej wersji z Julią Stiles i Liev'em Schreiber'em (mam nadzieję, że tak się to pisze), choć uważam, ze pierwowzór najlepszy, to jednak remake dorównuje oryginałowi w tym przypadku.
Dzisiaj truję się filmem "Oszukać przeznaczenie" i serialem Futurama - jednym z moich ulubionych zaraz obok Family guy i The Simpsons.

W przerwach piszę... Tak, tak, piszę właśnie :D. Moje nowe dzieło nazywa się "Fiutek w buszu" - o tytule zaraz powiem. Opowiada o męskiej gosposi, która zwiała z domu przed upierdliwą pseudo narzeczoną i zatrudnia się jako pomoc domowa u gościa, który bzyka wszystko co nie ucieka na drzewo (prócz głównego bohatera oczywiście). Pomysł na historię wziął się od mojej kuzynki, która uznała, że określenie "fiutek w buszu" byłoby świetnym tytułem do książki, a wcześniej od  rozmowy o depilowaniu nóg i męskim owłosieniu. Naprawdę, nasz tok myślenia z perspektywy czasu nawet mi wydaje się dość dziwaczny... Bo widzicie, zaczęłyśmy rozmawiać o goleniu nóg, kuzynka zastanowiła się, czy faceci się golą pod pachami, siostra zaczęła coś o włosach na klacie i swoim facecie, który ich nie posiada, za to ma włoski poniżej pępka... a ja na to: "i fiutka w buszu". No, gdzieś te włochy musiały się podziać skoro ich nie ma na klacie ;).
W ten oto sposób przez dwa dni weekendu powstawał pierwszy rozdział Fiutka. Imię wydumałyśmy z kuzynką - Fineasz Fujarski... Do kuzynki należy też postać uciążliwej narzeczonej, oraz Michaliny; do siostry "lekcje gotowania" zainspirowane brakiem umiejętności interpretowania przepisów przez jej faceta (wyobraźcie sobie, że mój szwagier kupił nowy garnek bo w przepisie było podane, żeby wlać do garnka dwa litry wody, a on nie znalazł odpowiedniego naczynia; nie wie też ile to jest szczypta i jak się to mierzy).
Jeśli to napiszę to chętnie podzielę się linkiem do drugiego bloga, gdzie zapewne całość umieszczę :D. Do tego czasu musicie być cierpliwi.

Miałam się nie rozpisywać, ale ja nawet w odpowiedziach na sprawdzianach i wypracowaniach potrafiłam się rozpisywać na kilka kartek, więc wybaczcie, mam gadane/pisane po prostu :D. Ciekawa jestem ile osób dotrwa do końca *mean, mean, mean* XD

Co jeszcze... Dostałam całkiem nowe Kalanchoe - mam swój jeden żółty, teraz od sąsiadki dostałam dwa czerwone, z czego się niesamowicie cieszę. Prócz tego Różaniec (to chyba nazwa potoczna). A moja Biedronkowa Azalia pięknie kwitnie, i Goździkowi niewiele już brakuje :D.

A teraz po kolei:

Różaniec

Azalia

Goździk

Kalanchoe

 
Reszta w fazie "jesteśmy liśćmi, ale może niedługo zakwitniemy".

A na koniec komiks, który okazał się być rysunkiem, o którym mówiłam na początku:
Zapożyczono  ze strony torebunia.pl - nie wiem, kto jest autorem, wobec tego przepraszam za rozpowszechnianie bez niczyjej wiedzy.

That's all folks :*
Życzę miłego dnia.

czwartek, 2 maja 2013

Pierwsze sprawozdanie i coś do koszyczka z kosmetykami.

Ale najpierw sprawozdanie: pierwszy dzień przysiadów przyniósł ze sobą straszne zakwasy... Aż ciężko było mi wstać rano :D. Ale nie poddaję się i dzisiaj będę kontynuowała. Najbardziej martwiłam się o moją kostkę, która kilka dni temu spuchła po ukąszeniu meszki, ale nie było tak źle, choć kilkanaście przysiadów zrobiłam praktycznie na jednej nodze... Sama nie wiem jak mi się to udało.
Jeśli za 30 dni moja pupa nadal będzie bezkształtna jak teraz, to się załamię :(.

A teraz coś z koszyczka.

Pojechałam po sadzonki do ogródka, przy okazji zahaczając o Biedronkę, gdzie nabyłam azalię doniczkową, goździka (musiałam go przygarnąć, był taki samotny) oraz odżywkę Eveline 6w1. Tak, tak, pamiętam jeszcze co mówiłam o tej 8w1, że najgorszemu wrogowi bym nie poleciła (choć teraz to zdanie zmieniam, bo mam w końcu wroga, któremu polecałabym wszystko co najgorsze).
Konsystencją różni się od 8w1, ponieważ 6w1 jest bardziej rzadka, lejąca, za to pędzelek, buteleczka i ogólnie wizualnie są takie same. Pudełeczko rzuca się w oczy, bo jest złote i błyszczące. Nie ma tak drażniącego zapachu jak 8w1.

Jak zadziałał napiszę dopiero za jakiś czas, bo nawet go jeszcze nie użyłam.

Nie posiadam zdjęć, bo mój laptop nagle przestał lubić aparat :(. A telefonem to wiadomo jak wychodzą zdjęcia. Myślę, że coś jednak wykombinuję i fotki niedługo dodam.


Polerko-pilniczek zakupiłam w Pepco wraz z lakierem Colour Chic w kolorze chabrowym. Wygląda pięknie na paznokciu (na razie jednym, bo reszta musi poczekać), dobrze kryje, już jednak warstwa zamalowała mi pazurka! Cud, miód i malina, muszę się nim wymazać na jutro ;).

Jest jeszcze szampon Joanna 500ml!!! I to za 7zł. Pojechałam po farbę na moje włosięta a wróciłam bez niej, za to z szamponem, którego chyba nie zmogę przez cale wakacje. Ale to nic, są inni co mi pomogą :D.
Jest to szampon z odżywką z pszenicą, o którym kilka słów ze strony Joanna.pl, opowie producent:

"Szampon z odżywką do włosów suchych i zniszczonych z pszenicą

Szampon z odżywką Naturia został opracowany z myślą o pielęgnacji włosów suchych i zniszczonych. Nowa receptura to doskonałe połączenie składników pozwalających na delikatne oczyszczenie i jednoczesną pielęgnację włosów. Zastosowane hydrolizowane proteiny z pszenicy zapewniają optymalne nawilżenie i zdrowy wygląd włosów, a czynniki kondycjonujące ułatwiają rozczesywanie i przywracają im naturalny połysk.

Pszenica – wykazuje właściwości ochronne i wzmacniające, dzięki czemu zmniejsza łamliwość włosów

Wspaniałe rezultaty
Włosy miękkie i zadbane
Lepiej się rozczesujące i układające
Pięknie i zdrowo błyszczące".

zdjęcie ze strony nokaut.pl

Z tego, co zauważyłam, szampon jest lepki, co znaczy, że może być ciężki, a mam włosy przetłuszczające się. A prócz tego mają suche końcówki, są zniszczone malowaniem i mną ;), więc myślę, że będę go uzywać na zmianę z innym po prostu.
Zapach - bardzo średni! Nawet nie wiem do czego go porównać, taka pszenica zbyt długo leżąca na deszczu... :).
Za to cena baaaaaardzo przystępna, z dostępnością ciężko, ale ja znalazłam go dziś w Tesco!


Jak się spiszą poszczególne kosmetyki opiszę w recenzjach w swoim czasie, a teraz... 55 :D.